Przeglądałem dziś po wielotygodniowej przerwie amerykańskie blogi kulinarne i już w pierwszym z nich znalazłem informację o wizytówkach z suszonej wołowiny. Trochę się zawahałem, czy pisać na ten temat, ale potem kolejny blog donosił o tym wspaniałym wynalazku i kolejny…
Teksty na wizytówkach wypalane są laserem. Wizytówki zachowują wartość, nawet gdy osoba, która nam je wręczyła dawno utraciła swoje stanowisko (np. z powodu kryzysu finansowego) – można je po prostu zjeść. Ale są i pewne problemy: czy wegetarianie będą skłonni je przyjmować? Czy strach przed chorobą wściekłych krów całkiem już wyparował, wyparty przez ptasią, a potem świńską grypę? Czy w Indiach bylibyśmy mile widziani wręczając taką wizytówkę?
I wreszcie: gdzie można kupić wizytownik z małym pojemniczkiem na ketchup, musztardę lub jakiś inny sos?
Sam miewam z tym problem. Nie jestem specjalnie „poukładanym” człowiekiem i często mi się zdarza marnowanie jedzenia, nawet drogiego. Od pewnego czasu walczę z tym, bo naprawdę szkoda nie tylko pieniędzy, ale także, co słusznie zauważają organizatorzy akcji zwracającej uwagę na ten problem, szkoda jest zasobów, które zużyto do wyprodukowania żywności, która się potem marnuje. Wody, paliwa… A wystarczy czasem pomyśleć trochę, poszperać po internecie, poszukać przepisu i okazuje się, że z “resztek” można przyrządzić coś naprawdę pysznego. Warto też kupując zastanowić się, czy zdążymy zużyć całe zakupy (ja mam z tym kłopot, nie mogę się powstrzymać przez zakupem np. świeżego makaronu). Pułapką są też duże opakowania: niby jest taniej, ale jeśli nie zużyje się całości, to opłacalność staje się dyskusyjna.
Podejrzewam, że na jeszcze większą skalę marnowana jest żywność w sklepach i hurtowniach. Dlatego popieram akcję „Nie marnuj jedzenia” i zachęcam Was do przyjrzenia się temu problemowi.
„kryzys mogę znieść / ja nie muszę jeść” śpiewał kiedyś perfect. oj, trudno się z tym zgodzić. jeść trzeba, kryzys czy nie kryzys. amerykanie mają z tym pewien problem. o ile u nas pamięć o chudych latach prl (nie mówiąc już o dramatycznie chudych latach wojennych) jest w miarę świeża, o tyle w usa mało kto pamięta o wielkim kryzysie lat trzydziestych. mało kto… nie znaczy, że nikt.
oto clara z nowego jorku. clara urodziła się w 1915 roku i wielki kryzys poznała na własnej skórze. to właśnie z powodu kryzysu nie udało jej się skończyć szkoły, musiała pójść do pracy w fabryce. dobrze pamięta, jak się wtedy żyło i co się gotowało. teraz, w serii filmów zatytułowanej „great depression cooking” dzieli się swoją wiedzą. filmy te można oglądać na youtube, a nazwy dań mówią same za siebie: „jedzenie biedaka”, „uczta biedaka”, „gotowany chleb”. clara nie tylko gotuje, ale i opowiada o czasach wielkiego kryzysu. obyśmy nie musieli korzystać z tych przepisów!
na zachętę: uczta biedaka. a jeśli chcecie dowiedzieć się więcej, zapraszam na stronę clary.
można tematu kryzysu unikać, można się z niego śmiać, ale jak długo? na razie obserwujemy tylko rozmaite wskaźniki idące w dół, jednak ich realne konsekwencje chcąc nie chcąc będziemy odczuwać. tak jak już odczuwają je restauratorzy, zwłaszcza w usa czy wielkiej brytanii. na ogół negatywnie, choć z wyjątkami. kryzys może wcale nie oznaczać, że będziemy mniej jedli poza domem. może się okazać, że niestety będziemy jedli gorzej.
gdy wszystkie wykresy spadają, kolejne rekordy odnotowują sieci fastfood. fantastycznymi wynikami chwalił się mcdonalds (80% wzrostu zysku!), dobre wyniki w 2008 roku odnotowała też domino’s pizza: w wielkiej brytanii w 2008 roku przyniosła zysk o 25% wyższy niż rok wcześniej, kfc ogłasza, że zwiększy zatrudnienie (również w wielkiej brytanii) o blisko połowę… w wielu krajach ludzie tak przyzwyczaili się do jedzenie poza domem, że nie bardzo wyobrażają sobie samodzielne gotowanie. wybiorą więc najtańszą opcję, którą im zaoferują fast-foody (nawet stabucks ma coś dla skner).
bardzo jestem ciekaw, jakie zmiany przyniesie kryzys w polskim krajobrazie restauracyjnym. bardzo możliwe, że zupełnie inne niż na zachodzie. najdroższe, eksluzywne restauracje, tak tu jak i tam nie mają się czego obawiać, dotyczy to jednak samego szczytu kulinarnej piramidy. czy segment fast-foodów będzie równie szybko rosnąć jak w wielkiej brytanii czy usa? nie jestem do końca przekonany, polski bezrobotny raczej nie będzie codziennie zamawiał pizzy z pizza hut. największy znak zapytania to restauracje ze średniej półki. nie zdziwię się, gdy liczba sushi-barów w warszawie spadnie drastycznie. nawet o połowę. choć lubię sushi, nie będę płakał. nie potrzebujemy 150 sushi-barów.
kryzys może mieć też inny, pośredni wpływ na branżę gastronomiczną: jeśli bankom przestanie się opłacać mieć na każdym rogu oddział, jeśli sklepom zabraknie klientów… spadną ceny wynajmu, nawet w dobrych punktach. nie zmartwiłbym się zupełnie, gdyby np. na warszawskim placu wilsona powstało kilka knajpek zamiast banków. z bankiem wystarczająco dobrze porozumiewam się via internet czy telefon. a dobre jedzenie wymaga restauracyjnej atmosfery.
cóż więc oferuje nam jamie? bardzo dużo przepisów (w pierwszym numerze jest ich ponad 100), ale także opisy lokalnych półproduktów, recenzje restauracji oraz kulinarno-turystyczną relację z wycieczki do sztokholmu. wszystko to opisane w prosty sposób (grupą docelową pisma są bardziej „niedzielni kucharze” niż szefowie kuchni) i zilustrowane świetnej jakości zdjęciami. niestety, „jamie magazine” wychodzi tylko w wielkiej brytanii, ale może pojawi się też w empikach?
na pocieszenie: można poprzeglądać spory fragment pierwszego numeru pisma w serwisie issuu. zachęcam!
czym objadała się na święta dotknięta kryzysem finansowym ameryka? homarami. szacuje się, że w sezonie świątecznym sprzedano ich trzykrotnie więcej niż zwykle. wytłumaczenie tego faktu jest proste: ceny homarów spadły do poziomu najniższego od 20 lat, a rybacy, tradycyjnie łowiący te skorupiaki u wybrzeży nowej anglii byli pierwszymi ofiarami krachu.
przyczyny drastycznego spadku cen są to zmniejszony popyt latem i jesienią, kiedy konsumenci czuli podświadomie (i błędnie), że już wkrótce nie będzie ich stać na homary, a także fakt, że wiele firm przetwarzających ten smakołyk brało kredyty z islandzkich banków. a islandia, jak wiadomo, została przez kryzys zatopiona całkowicie, choć istnieje jeszcze na starszych mapach.
homarołówstwo (tak to chyba trzeba określić) to niezwykle ważny element gospodarki niektórych stanów, zwłaszcza maine. przy tak niskich cenach skupu i wysokich cenach paliwa połów po prostu przestawał się opłacać. na szczęście (?) ostatnio ceny homarów zaczęły iść w górę i powoli osiągają „normalne” poziomy. czy można na tej podstawie przewidywać, że i indeksy giełdowe wzrosną? homary przewidziały ich spadek, więc czemu nie miałyby przewidzieć i wzrostu…