Nie chodzi tu o konserwanty, ani środki czystości. Chciałem Wam polecić wyjątkowo interesujący artykuł na temat fizycznych i chemicznych procesów, stojących za smakiem i konsystencją tego, co gotujemy i pieczemy.
Być może nie zabrzmiało to zachęcająco, ale jest to pasjonująca lektura. Dlaczego dodajemy alkohol do sosów, skoro w procesie gotowania i tak odparowuje? Ile prawdy jest w tym, że nawet najmniejsza ilość żółtka spowoduje, że białko się nie ubije? Ile gotować strusie jajo? Na te pytania znajdziecie odpowiedź we wspomnianym artykule.
OK, może ten ostatni problem jest nieco wydumany, ale i tak zachęcam do lektury. Fizyka i chemia stoją nie tylko za cudami kuchni molekularnej, takimi jak ten prezentowany na zdjęciu (link do autora), ale także za potrawami, które przygotowujemy na codzień. Choć czasami próbujemy je oswoić, nazywając je „magią” i „sercem” włożonymi w gotowanie.
bywalcom foodelka nie muszę zapewne pisać, że makaroniki nie mają nic wspólnego z makaronem. przepisów na te słodkie ciasteczka jest sporo, ale tego pewnie jeszcze nie znacie. oto makaroniki z ketchupem. przepis, który przetoczył się przez kulinarną blogosferę, dotarł i na foodelka. pochodzi on z książki pierre’a hermé’a zatytułowanej po prostu „makaroniki” a spopularyzował go david lebovitz na swoim blogu o słodkim życiu w paryżu (jest on także autorem zdjęcia). przy okazji polecam tego bloga, david lebovitz wydał go także w formie książkowej, napisał także kilka innych, głównie słodkich, książek kulinarnych, w tym wielką księgę czekolady.
nie będę przepisywał i tłumaczył receptury, na pewno sobie poradzicie. jeśli nie, zaprzęgnijcie do pomocy translatora google’a. tłumaczenie wprawdzie dostarczy on więcej walorów komicznych: „wyjąć z piekarnika i niech cool” niż edukacyjnych, ale może trochę pomóc. napiszę tylko w skrócie, że czerwony kolor samych ciasteczek jest zasługą barwnika, a „krem” składa się z ketchupu heinza, korniszonów, zaś zagęszczany jest żelatyną. w przypadku niektórych polskich ketchupów, które składają się głównie z zagęstnika, żelatyna zapewne jest zbędna.
odważycie się upiec takie makaroniki? a podać gościom? jeśli tak, pochwalcie się zdjęciami.
amerykańska edycja men’s health opublikowała ranking najcięższych bomb kalorycznych. wygrał ją shake z herbatnikami oreo (odpowiednik naszych markizów) serwowany w sieci lodziarni baskin-robbins. wersja „large” robi wrażenie: 2600 kalorii, co w wielu przypadkach przekracza dzienne zapotrzebowanie organizmu, ćwierć kilo cukru, 59 gramów nasyconego tłuszczu (trzykrotność normy dziennej!) oraz imponującą listę składników. zobaczcie zresztą sami, czego tam nie ma!
men’s health przetestował też inne dania i o dziwo najtłustsza pizza przegrywa z ciasteczkowym potworem, przynajmniej pod względem kalorii. więc jeśli już zamawiacie głęboko smażoną pizzę, nie popijajcie jej tym napojem. możecie wybuchnąć. inna rzecz, że japońskie i koreańskie pizze zniszczyłyby zapewne shake’a z herbatnikami. pominięty został też hamburger z podwójnymi byepassami, a myślę, że też mógłby namieszać w czołówce. widziałem też gdzieś hamburgera zawiniętego w pizzę, serwowanego z hotdogami, ale cały czas mam nadzieję, że to jednak nie był dowcip.
na marginesie: twórcy rankingu mieli o tyle ułatwione zadanie, że w usa dość często podawane są bardzo wyczerpujące informacje o wartościach odżywczych żywności. nawet, gdy nie ma się czym chwalić. zresztą nie tylko w usa: blog eat me daily znalazł w brytyjskim supermarkecie jajka od nadgorliwego dostawcy, który ostrzega alergików, iż produkt ten zawiera… jajka. takie absurdy, których jest zresztą coraz więcej (ostatnio w berlinie wpatrywałem się jak osłupiały w informację, że espresso zawiera, któżby się spodziewał?… kofeinę!) nie powinny jednak przysłaniać faktu, że jest to zjawisko pozytywne, które oszczędzi przynajmniej niektórym shake’ów, bypassów i tym podobnych przyjemności.
bo do rady, zamieszczonej w artykule, który podrzucił mi tomek w komentarzu („reducing portion size is an easy and cost-effective way for small businesses to help people eat sensibly”) raczej się nikt nie dostosuje. nie wiem, jaki procent konsumentów jest w stanie ocenić wartość odżywczą, tego co jedzą. nie wiem, jaki procent potrafi ocenić smak dania. ale wiem, że 100% jest w stanie opisać jedzenie kategoriami „dużo/mało”.
przepisy tygodnia, edycja trzecia, bezkrewetkowa, jak obiecałem tydzień temu. czyli najciekawsze, najsmaczniejsze i najładniejsze przepisy znalezione na blogach i forach kulinarnach. tak, najładniejsze także. udane zdjęcia to połowa drogi do przepisów tygodnia: nie jestem w stanie przyrządzić nawet części zebranych tu potraw, muszę ufać temu, co widzę na zdjęciach.
zaczniemy od śniadania. mamy coś wyjątkowo pysznego: podajemy granolę klonową z orzechami pekan. można z mlekiem, choć ja chyba bym nie wytrzymał i zjadł bez mleka. nie jest to zapewne śniadanko ekonomiczne (zarówno syrop klonowy, jak i orzechy pekan są dość drogie), ale wydaje mi się odrobinę smaczniejsze od owsianki. taką większą odrobinę.
i na uroczystą kolację: klasyczne bliny z kawiorem. a skoro jesteśmy przy kawiorze, to polecam zapoznanie się z przepisem na udaną randkę. przez żołądek do serca, przez kuchnię do sypialni… tanio nie jest, ale to przecież randka! możecie też zabłysnąć restauracyjnym sznytem i podać cielęcinę z szynką serrano…
widać wyraźnie, że w trzecim tygodniu ostatecznie pozbyliśmy się poświątecznego przejedzenia i przesłodzenia. stąd też multum propozycji deserowych. zacznę jednak od wypieku wytrawnego, a właściwie pikantnego. palmiery z tahiną i ostrą papryką, dla mnie zaskakujące połączenie. a teraz już ciasta. z licznych mufinkowych propozycji (prawdziwe muffinowe bombardowanie przeżywamy w ten weekend, odłamki będę zbierać przez kolejne 7 dni) jedna: muffiny z granatami i migdałami. galletes sucrees: arabskie ciasteczka z mąki razowej i bakalii, to kolejna propozycja. bardziej tradycyjne serowe pączki. meksykańskie racuszki z cynamonem (piękne zdjęcie możecie podziwiać obok). jest z czego wybierać.
ps. jeśli to właśnie ty jesteś autorem/autorką jednego z publikowanych tu przepisów, wstaw nasz banerek do notki z tym przepisem. to bardzo proste. dzięki!
galette des rois to tradycyjne ciasto, podawane we francji w okolicach święta trzech króli. przepis na ten smakołyk znajdziecie na blogu przysmaki karolki. to nie jest takie zwykły placek: pod warstwami francuskiego ciasta, w nadzieniu z migdałowej masy, powinna znaleźć się figurka zwana „la fève” (kiedyś była to po prostu fasolka). kto ją znajdzie, ten zostaje królem! jak informuje wikipedia, prezydent francji nie może uczestniczyć w losowaniu kawałka z figurką, co jeśli zna się historię francji, a także przywiązanie francuzów do savoir-vivre, nie powinno dziwić. ciekawe, czy prezydenta polski też obowiązują jakieś restrykcje kulinarne podobnego rodzaju?
podobne ciasta są spożywane dziś na całym świecie. swoją odmianę ciasta z „niespodzianką” mają belgowie, hiszpanie zarazili nią meksykanów, a dzięki francuzom jest ona również częścią nowoorleańskiej tradycji kulinarnej. jeśli przepis na galette des rois wydaje się wam skomplikowany, spójrzcie na to inspirujące wideo: