
Wydawałoby się, że gotowanie makaronu al dente to sprawa prosta. W praktyce okazuje się (wystarczy przejść się po restauracjach) nie zawsze się to udaje. Tak czy owak: makaron to makaron i nie ma co kombinować. A jednak…
Jakiś czas temu na gazetowym forum Kuchnia pojawił się wpis, który proponuje alternatywną metodę gotowania makaronu. Polega ona w skrócie na tym, że po włożeniu makaronu do wrzątku, czekamy aż woda zawrze ponownie, a potem… garnek nakrywamy i wyłączamy palnik. Czekamy tyle, ile podano na opakowaniu (możemy kilka razy zamieszać, ale pewnie nie za często, by woda nie wystygła). Makaron jest ugotowany.
Przyznam, że byłem mocno sceptyczny, ale dziś sprawdziłem (efekt, czyli carbonarę widać na obrazku u góry) i okazuje się, że to działa. Oszczędność gazu lub prądu pewnie niewielka, ale zawsze to coś. Spróbujcie i podzielcie się wrażeniami!
2009-05-21 o 17:32 Marcin Jagodziński w przepisy, różności | liczba komentarzy: 5
Są politycy, którzy śmiertelnie obrażają się za porównanie do kartofli. Ciekawe, czy gdyby porównano ich do szampana, kawioru albo trufli, również uznaliby za stosowne wysyłanie not dyplomatycznych? Powiecie, że ziemniaki nie mają w sobie nic szlachetnego i kojarzącego się z wysoką wartością. Mylicie się.
Ziemniaki La Bonnotte, uprawiane na francuskiej wyspie Noirmoutier osiągają ceny ponad 500 Euro za kilogram. Jest to ekstremalnie rzadka odmiana pospolitych kartofelków, charakteryzująca się (podobno) wyjątkowym smakiem za sprawą bliskości morza. Ręczne zbiory odbywają się właśnie teraz i trwają jedynie tydzień. Plon to kilkadziesiąt ton unikatowych kartofelków. O sprawie poinformował blog Eatmedaily a jeśli chcecie wiedzieć więcej, to La Bonnotte doczekały się własnej strony internetowej (tylko w języku francuskim).
Trzeba przyznać, że jest w tym jakaś metoda: przy pewnej cenie relacja cena/jakość jest mało weryfikowalna. Ja zapewne nigdy nie przekonam się, czy faktycznie ziemniak z francuskiej wysepki jest wart kilkudziesięciu złotych za sztukę (bo mniej więcej tyle wychodzi w przeliczeniu). Choć gdyby była okazja? Jak szaleć to szaleć. Tylko trochę strach, że przesoli się wodę albo za mało rozgrzeje olej na frytki.
Z tymi frytkami to żartowałem oczywiście. A jeśli chcecie poczytać o innych bardzo drogich składnikach, to polecam ten wpis u kawiorowej księżniczki (w języku angielskim).
2009-05-09 o 22:49 Marcin Jagodziński w różności, składniki | jeden komentarz

Przeglądałem dziś po wielotygodniowej przerwie amerykańskie blogi kulinarne i już w pierwszym z nich znalazłem informację o wizytówkach z suszonej wołowiny. Trochę się zawahałem, czy pisać na ten temat, ale potem kolejny blog donosił o tym wspaniałym wynalazku i kolejny…
Teksty na wizytówkach wypalane są laserem. Wizytówki zachowują wartość, nawet gdy osoba, która nam je wręczyła dawno utraciła swoje stanowisko (np. z powodu kryzysu finansowego) – można je po prostu zjeść. Ale są i pewne problemy: czy wegetarianie będą skłonni je przyjmować? Czy strach przed chorobą wściekłych krów całkiem już wyparował, wyparty przez ptasią, a potem świńską grypę? Czy w Indiach bylibyśmy mile widziani wręczając taką wizytówkę?
I wreszcie: gdzie można kupić wizytownik z małym pojemniczkiem na ketchup, musztardę lub jakiś inny sos?
2009-04-28 o 15:42 Marcin Jagodziński w różności | liczba komentarzy: 3
Sam miewam z tym problem. Nie jestem specjalnie „poukładanym” człowiekiem i często mi się zdarza marnowanie jedzenia, nawet drogiego. Od pewnego czasu walczę z tym, bo naprawdę szkoda nie tylko pieniędzy, ale także, co słusznie zauważają organizatorzy akcji zwracającej uwagę na ten problem, szkoda jest zasobów, które zużyto do wyprodukowania żywności, która się potem marnuje. Wody, paliwa… A wystarczy czasem pomyśleć trochę, poszperać po internecie, poszukać przepisu i okazuje się, że z “resztek” można przyrządzić coś naprawdę pysznego. Warto też kupując zastanowić się, czy zdążymy zużyć całe zakupy (ja mam z tym kłopot, nie mogę się powstrzymać przez zakupem np. świeżego makaronu). Pułapką są też duże opakowania: niby jest taniej, ale jeśli nie zużyje się całości, to opłacalność staje się dyskusyjna.
Podejrzewam, że na jeszcze większą skalę marnowana jest żywność w sklepach i hurtowniach. Dlatego popieram akcję „Nie marnuj jedzenia” i zachęcam Was do przyjrzenia się temu problemowi.
2009-04-22 o 16:28 Marcin Jagodziński w Uncategorized, różności | liczba komentarzy: 2
Jajka są symbolem, który ma setki znaczeń. Są też symbolem Swiąt Wielkanocnych. Ale niestety, część z nich wiąże się z zupełnie realnym, a nie symbolicznym cierpieniem kur, które je znoszą.
Dlatego Foodelek dołącza się do apelu zawartego na stronie „Trójka nie czyni wolnym!”. Nie kupujcie jajek z chowu klatkowego, oznaczonych na skorupce symbolem 3. Są gorszej jakości, mniej smaczne, a co najgorsze, kury, które je znoszą, przetrzymywane są w naprawdę drakońskich warunkach. Jak można dowiedzieć się ze strony, na terenie Unii Europejskiej chów klatkowy dopuszczony jest jedynie do 2012 roku. Ale nie musimy czekać jeszcze 3 lata. Pytajmy w sklepach o jajka z niższymi numerami, najlepiej 0 lub 1. Coraz częściej można je kupić, a im mocniej będziemy się ich domagać, tym większa szansa, że zastąpią jajka z hodowli klatkowej na sklepowych półkach.
2009-04-08 o 11:38 Marcin Jagodziński w różności, składniki | liczba komentarzy: 3
w new york timesie ukazał się niezwykle ciekawy artykuł na temat mitów związanych z jedzeniem, a zwłaszcza ze tzw. zdrowym jedzeniem. czy faktycznie soki są zdrowe (nie za bardzo), czy jedzenie koszerne produkowane jest zgodnie z wyższymi normami etycznymi (niestety, raczej nie), czy jemy oczami, czy żołądkiem (oczami) i czy rukola jest rarytasem i pokarmem elit? przeczytajcie koniecznie.
2009-03-24 o 21:36 Marcin Jagodziński w różności, składniki | dodaj pierwszy komentarz!
dużo ostatnio newsów trochę, że się tak wyrażę, „od czapy”. ale trudno się powstrzymać, żeby nie napisać o scanwichach. scanwich to zeskanowany sandwich
całą ich galerię można obejrzeć na specjalnym blogu. zdjęcia są faktycznie wysokiej jakości (kliknijcie w fotki na blogu, żeby je powiększyć) i nawet byłby dość apetyczne, gdyby nie kojarzyły się z prepratami wykonywanymi na lekcjach biologii.
nasuwają mi się dwie (niezbyt głębokie) refleksje. po pierwsze, jeśli te fotki to faktycznie skany, jak czyszczony jest skaner z masła, ketchupu, musztardy i majonezu? autor bloga nie ujawnia niestety swoich tajemnych technik.
druga refleksja jest taka, że bardzo brakuje mi podobnej rozmaitości kanapek w polsce. obiad czy kolację łatwo zjeść poza domem. trudniej jest ze śniadaniem, a drugie śniadanie? to kompletnie zapomniany przez gastronomię posiłek. gdzieniegdzie walają się smętne buły z podróbką salami i wyrobem seropodobnym… niby jesteśmy narodem, który objada się kanapkami od rana do wieczora, a jednak w gastronomii zupełnie nie można tego dostrzec. powoli to się zmienia, wiele biur nawiedza „pan kanapka”, ale podejrzewam, że skany tych wyrobów byłby o wiele mniej estetyczne. a może się mylę? ktoś zaskanuje swoją jutrzejszą kanapkę i podeśle foodelkowi?
2009-03-09 o 17:27 Marcin Jagodziński w fast food, fotografia, kulinarny internet, różności | liczba komentarzy: 6

(cc) rebuildingdemocracy
mark bittman jest stałym publicystą kulinarnym new york timesa, jest też autorem popularnych książek kucharskich, takich jak „how to cook everything”. gdy więc usłyszał od lekarza, że najlepiej by było, gdyby przeszedł na dietę wegańską, nie spodobało mu się to zalecenie. bittman nie ma nic przeciwko niejedzeniu mięsa, wydał nawet książkę „how to cook everything vegetarian”. w swojej ostatniej publikacji (mam nadzieję, że kiedyś ukaże się ona po polsku) zatytułowanej „food matters” propaguje zdrowe odżywianie się, przy czym „zdrowie” oznacza nie tylko nasze zdrowie, ale i zdrowie naszej planety. mniej mięsa, mniej przetworzonych produktów, mniej przejmowania się etykietkami w rodzaju „lokalne” czy „ekologiczne”, zero snobizmu – to w największym skrócie przesłanie książki bittmana (dla zainteresowanych recenzja, po angielsku).
z drugiej jednak strony dieta wegańska bittmanowi, który uwielbia jeść „wszystko” zupełnie nie odpowiadała. nie jest on typem człowieka skłonnego do wyrzeczeń. poszedł więc na kompromis: nie jada mięsa do szóstej po południu, za to wieczorem, na kolację, pozwala sobie na wszystko, na co ma ochotę. w jego przypadku to świetnie działa: stracił ponad 15 kilo, czuje się lepiej, poziom cholesterolu wrócił do normy. nazwał to podejście lessmeatarianizmem (po polsku brzmi to potwornie, ale lepiej niż mniejmięsożerstwo) i chyba to określenie zaczyna się przyjmować.
doskonale rozumiem, że ortodoksyjnych wegan to nie zadowoli, ale chyba lepiej jeść mniej mięsa, niż więcej. jeśli bym miał przejść na dietę, podążyłbym jego śladem. też nie mam w sobie ani grama masochistycznych skłonności (a kompletne niejedzenie mięsa byłoby dla mnie masochizmem). mógłby sobie powiedzieć, że chcę jeść mniej mięsa, ale trudno określić, ile to „mniej” ma wynosić. pomysł z wyznaczeniem sobie konkretnej godziny wydaje się być całkiem niezły.
2009-03-02 o 19:26 Marcin Jagodziński w mistrzowie kuchni, różności | liczba komentarzy: 11

pisałem już o bombach kalorycznych, dziś czas na bombę cholesterolową. panie i panowie, ogłaszam alarm dla tętnic wieńcowych! w niepozornej puszce kryje się móżdżek wieprzowy w sosie mlecznym (już samo danie nie napawa optymizmem) którego jedna porcja zaspokoi wasze potrzeby cholesterolowe w 1170%. przy okazji… ile wynosi dawka śmiertelna?
przy okazji nie dostarczając zbyt wiele witamin, ani – jak podejrzewam – szczególnych walorów smakowych. tą potworną bombę cholestorolową znalazłem na uroczym blogu „this is why you’re fat” („oto czemu jesteś gruby!”), gdzie zebrano wiele podobnych smakołyków. na mnie szczególne wrażenie zrobiła piętrowa kanapka „ze wszystkim” oraz ciekawe połączenia bekonu z czekoladą. nie jestem fanatycznym zwolennikiem zdrowego odżywiania się, ani też nie przestrzegam zbyt skrupulatnie wielkiego postu, który właśnie się zaczął, ale pokazane na tym blogu przykłady potraw skłonny jestem zaliczyć do kuchni ekstremalnej.
2009-02-27 o 19:03 Marcin Jagodziński w fast food, różności | liczba komentarzy: 6

na pytanie jak powstała cywilizacja i dlaczego stworzyli ją właśnie ludzie, można szukać odpowiedzi w różnych dziedzinach nauki. okazuje się, że można ją także znaleźć w kuchni. dr richard wrangham z harvardu uważa, że to właśnie umiejętność gotowania spowodowała, że „odskoczyliśmy” od zwierząt. szympansy są inteligentne, delfiny mają własny język, ale to właśnie ludzie dzięki unikatowej umiejętności przyrządzania ciepłych posiłków podbili świat.
dlaczego gotowanie jest takie ważne? odpowiedź jest prosta: pozwala utrzymać nasz mózg w działaniu, dostarczając mu odpowiedniej energii. jak wynika z badań, ugotowane pożywienie jest nie tylko bardziej „pożywne” (ścięte białka są lepiej trawione przez enzymy, a skrobia dzieli się na łatwostrawne fragmenty), ale – dodatkowo – jego konsumpcja wymaga mniejszej energii i tu też powstaje kolejna energetyczna nadwyżka. gdybyśmy odżywiali się jedynie surową żywnością, nasze mózgi nie rozwinęłyby się do tego stopnia. podobno to właśnie ta różnica, między energią jaką możemy pozyskać z gotowanej żywności, a energią jaką dostarcza żywność surowa, stworzyła naszą cywilizację.
co ciekawe, te same badania wykazują, że możliwą przyczyną epidemii otyłości nie jest fakt, że ludzie jedzą za dużo. ich mózgi są oszukiwane przez wysoko przetworzone jedzenie. podobno do oceny „wartości odżywczych” nasz mózg używa nie tylko informacji o smaku potrawy, ale również o jej „twardości”. a wiadomo, że hamburger zbyt dużo oporu nie stawia.
2009-02-20 o 13:10 Marcin Jagodziński w różności | liczba komentarzy: 2