Gazeta.pl donosi, że pierwszy lokal sieci kawiarni Starbucks będzie otwarty w Warszawie, przy Nowym Swiecie. Niektórzy Starbucksa uwielbiają, inni nienawidzą, ja jestem raczej w tej pierwszej grupie: serwowana tam kawa zawsze mi smakowała. Dlatego też wiadomość ta cieszy mnie i pewnie wybiorę się wkrótce po otwarciu lokalu, które ma nastąpić za niecały tydzień. Ciekaw tylko jestem cen…
Są takie informacje, które wyglądają jak primaprilisowy żart, a jednak nim nie są. Wczoraj (niestety) Gazeta.pl doniosła o wojnie restauratorów. Niestety, nie jest to wojna o jak najlepszą jakość potraw za jak najniższą cenę, a jedynie wojna o szyld. Poszło o nazwę „pierogarnia”, którą firma Polskie Pierogarnie uznała za zastrzeżoną. Podobno już niektóre lokale zmieniają szyldy, po otrzymaniu odpowiednich pism od prawników. Ciekawe, czy spokojnie śpią właściciele sieci o dość absurdalnej, polsko-włoskiej nazwie Pierogerria (jest jeszcze, o zgrozo „Pierrożernia” przez dwa „ż”!).
Lokali pod taką nazwą jest w Polsce dość sporo, ciekawe, że pierogowym zagłębiem okazuje się Toruń.
Wiadomo, że marka jest cenna, ale czy może być nią takie słowo jak „pierogarnia”? Co o tym myślicie?
drugie urodziny obchodzi serwis gastronauci, największa baza recenzji restauracyjnych dodawanych przez użytkowników. przez te dwa lata opublikowano prawie 13000 recenzji, dotyczących blisko 5500 lokali. rynek restauracyjny rozwija się tak szybko, że chyba tylko internet za tym nadąża. jak można dowiedzieć się ze strony, w najbliższym czasie gastronauci przejdą poważną przebudowę. w internecie pojawia się ostatnio bardzo wiele serwisów, w których można oceniać różne punkty miejskiej przestrzeni, w tym bary i restauracje, ale gastronauci, ze swoją gastronomiczną specjalizacją, pozostają moim zdaniem bezkonkurencyjni. sto lat!
poważnym problemem jaki napotykają wszelkie serwisy z recenzjami są opinie pisane przez samych restauratorów. czasem od razu po dopisaniu do bazy lokali rzucają się do pisania pozytywnych recenzji na własny temat (zachęcając jednocześnie do tego samego całą bliższą i dalszą rodzinę), czasem impulsem są negatywne opinie (o które podejrzewają oczywiście konkurencję). a przecież można reagować inaczej. jedna z pizzerii w san francisco wybrała najgorsze recenzje z serwisu yelp i zamiast z nimi polemizować… umieściła je na t-shirtach, w które przebrała obsługę. można więc zachować dystans, choć na pewno w słonecznej kaliforni jest o to łatwiej.
ukazała się właśnie setna, jubileuszowa edycja sławnego czerwonego przewodnika michelina po francuskich restauracjach. biblia smakoszy zaczynała jako skromny przewodnik dla zmotoryzowanych (gdy startował michelin, liczba samochodów we francji nie przekraczała… 3000), obejmujący nie tylko restauracje i hotele, ale także warsztaty samochodowe czy stacje benzynowe. dopiero stopniowo wprowadzano gwiazdki i rezygnowano z informacji przydatnych kierowcom, choć nadal restauracje oznaczane są symbolami, mającymi korzenie w tamtych czasach: restauracja jednogwiazdkowa to lokal dobry w danej kategorii, dwugwiazdkowa to taki, dla którego warto nadłożyć drogi, a trzygwiazdkowa warta jest specjalnej wyprawy.
przez ponad 100 lat wokół przewodników michelina narosło mnóstwo legend i kontrowersji. spierano się o kryteria oceny, o to, czy anonimowi inspektorzy wystarczająco często odwiedzają lokale i czy michelin nie faworyzuje kuchni francuskiej, zarzucano mu nawet antyfeminizm (co ciekawe, za francuską edycję przewodnika michelina odpowiada juliane caspar, która jest… niemką). gwiazdki michelina kreowały sławnych szefów kuchni, a z ich utratą wiązano nawet przypadki samobójstw. choć przewodnik wydawany jest w mało nowoczesnym stylu (drobną czcionką, zwięźle, bez zdjęć), nadal sprzedaje się świetnie (milion sztuk w samej francji), kilka razy lepiej od najgroźniejszego konkurenta. istnieje też wiele edycji obejmujących największe miasta świata, w tym przewodnik po miastach europejskich, gdzie w edycji 2008 wymieniono kilkadziesiąt restauracji warszawskich i krakowskich. jeszcze żadna nie otrzymała nawet jednej gwiazdki, co świadczy o tym, jak wyśrubowane są wymagania.
są i tacy, którzy nie chcą gwiazdek od michelina. młody szef kuchni cedric bechade z baskonii twierdzi, że presja związana z otrzymanym wyróżnieniem rozprasza go i nie pozwala skupić się na gościach. próbował nawet wyperswadować wizytę inspektorom, ale przed gwiazdką się nie wywinął.
można tematu kryzysu unikać, można się z niego śmiać, ale jak długo? na razie obserwujemy tylko rozmaite wskaźniki idące w dół, jednak ich realne konsekwencje chcąc nie chcąc będziemy odczuwać. tak jak już odczuwają je restauratorzy, zwłaszcza w usa czy wielkiej brytanii. na ogół negatywnie, choć z wyjątkami. kryzys może wcale nie oznaczać, że będziemy mniej jedli poza domem. może się okazać, że niestety będziemy jedli gorzej.
gdy wszystkie wykresy spadają, kolejne rekordy odnotowują sieci fastfood. fantastycznymi wynikami chwalił się mcdonalds (80% wzrostu zysku!), dobre wyniki w 2008 roku odnotowała też domino’s pizza: w wielkiej brytanii w 2008 roku przyniosła zysk o 25% wyższy niż rok wcześniej, kfc ogłasza, że zwiększy zatrudnienie (również w wielkiej brytanii) o blisko połowę… w wielu krajach ludzie tak przyzwyczaili się do jedzenie poza domem, że nie bardzo wyobrażają sobie samodzielne gotowanie. wybiorą więc najtańszą opcję, którą im zaoferują fast-foody (nawet stabucks ma coś dla skner).
bardzo jestem ciekaw, jakie zmiany przyniesie kryzys w polskim krajobrazie restauracyjnym. bardzo możliwe, że zupełnie inne niż na zachodzie. najdroższe, eksluzywne restauracje, tak tu jak i tam nie mają się czego obawiać, dotyczy to jednak samego szczytu kulinarnej piramidy. czy segment fast-foodów będzie równie szybko rosnąć jak w wielkiej brytanii czy usa? nie jestem do końca przekonany, polski bezrobotny raczej nie będzie codziennie zamawiał pizzy z pizza hut. największy znak zapytania to restauracje ze średniej półki. nie zdziwię się, gdy liczba sushi-barów w warszawie spadnie drastycznie. nawet o połowę. choć lubię sushi, nie będę płakał. nie potrzebujemy 150 sushi-barów.
kryzys może mieć też inny, pośredni wpływ na branżę gastronomiczną: jeśli bankom przestanie się opłacać mieć na każdym rogu oddział, jeśli sklepom zabraknie klientów… spadną ceny wynajmu, nawet w dobrych punktach. nie zmartwiłbym się zupełnie, gdyby np. na warszawskim placu wilsona powstało kilka knajpek zamiast banków. z bankiem wystarczająco dobrze porozumiewam się via internet czy telefon. a dobre jedzenie wymaga restauracyjnej atmosfery.
miałbym duży problem z odpowiedzią. ale gdyby mnie ktoś zmusił do odpowiedzi, to zrezygnowałbym z herbaty.
to taki luźny wpis o kawie. pretekst jest taki, że starbucks zaczął sprzedawać kawę rozpuszczalną o nazwie starbucks via. choć podobno jest onaznacznie smaczniejsza niż „neska”, to jednak gdy o tym się dowiedziałem, poczułem, że koniec świata zbliża się nieubłaganie. ok, można starbucksa lubić albo nie lubić (ja lubię), ale to jednak jest znaczący ruch – nie wiem, czy w dobrą stroną. coż, mamy kryzys. starbucks dokonuje przy okazji dużych cięć, zamyka lokale, wprowadza tańsze kanapki, ale kawa rozpuszczalna? to przesada.
osobiście kawę rozpuszczalną przestałem pić kilka lat temu. nazwijcie mnie snobem, ale teraz nawet droższe marki są dla mnie trudne do przełknięcia. espresso ze świeżo zmielonego, mocno palonego ziarna – to kanoniczna forma kawy. 20-30 mililitrów boskiego, gęstego płynu z orzechową cremą. nie przepadam za przedłużaną kawą: jeśli chcę napić się czegoś ciepłego, wybieram herbatę.
kilka kawowych linków:
caffe prego! – serwis poświęcony kawie, bardzo ciekawe forum, z którego można wiele się o tym napoju dowiedzieć. można też się dowiedzieć, dlaczego nie należy kupować ekspresów krupsa (osobiście przestrzegam).
caffemio i pabloni – małe firmy importujące prawdziwą włoską kawę. spróbujcie, a przekonacie się, że włoska lavazza smakuje inaczej niż… włoska lavazza kupowana w polsce. a w dodatku wcale nie jest droższa. spory wybór, miła obsługa. pabloni to mój diler
(cc) Jack Versloot | http://www.flickr.com/photos/jackversloot/
śmierć mahmuta aygüna, pomysłodawcy döner kebaba, to – jak się okazało – tylko pierwsza fatalna wiadomość dla fanów baraniny (kurczaka) w picie. władze uroczego toskańskiego miasteczka lukka zabroniły otwierania nowych punktów z kebabem w centrum miasta. zakaz dotyczy także innych rodzajów „fast foodów”, w tym także… pizzy. w zamian turystom mają być serwowane lokalne toskańskie przysmaki.
wszelkie tego typu decyzje budzą u mnie odruchowy odruch sprzeciwu, choć z drugiej strony wizja piazza dell’anfiteatro zastawionego budkami z kebabem i hot-dogami też przyprawia o ciarki. lukka to prawdziwa perełka nienaruszonej architektury średniowiecznej i renesansowej. może da się ją zwiedzać na kebabowym głodzie? w dodatku przepisy wprowadzone w lucce są dość łagodne, dotyczą bowiem jedynie bardzo ograniczonego obszaru miasta, a lokale już działające będą mogły nadal sprzedawać takie potrawy, jakie chcą.
można by na tym poprzestać, gdyby nie kolejne wydarzenia. podobne zakazy szykuje również mediolan. i tu już wyraźnie czuć smrodek ksenofobicznej polityki. politycy, nie tylko lokalnego szczebla, związani z ligą północną (organizacja dążąca do formalnego podziału włoch na północ i południe) prześcigają się w kuriozalnych wypowiedziach. pomiędzy rozważaniami, czy kuchnię francuską dopuścić („tak”) i czy dopuścić kuchnię sycylijską („nie, zbyt duży wpływ kuchni… arabskiej”) padają pseudopatriotyczne deklaracje o zachowaniu ananasowego dziewictwa czy kebabowej czystości. padają też argumenty o tym, że w budkach z kebabami pracownicy pracują ciężej, co jest niesprawiedliwą konkurencją dla włochów.
autorzy artykułu w timesie przypominają, że pomidory, z których kuchnia włoska słynie, są przecież pochodzenia południoamerykańskiego, zaś makarony pochodzą prawdopodobnie z chin (mediolańskie risotto też zawdzięczamy poniekąd chińczykom). pozostaje mieć nadzieję, że włosi o tym nie zapomną. i że inne kraje nie pójdą ich śladem. bo ja bardzo lubię kuchnię włoską. nie chciałbym mieć do najbliższej włoskiej restauracji 1000 km.
pizza jest symbolem kulinarnej globalizacji: można ją zjeść na każdej szerokości geograficznej. jest tylko jeden zasadniczy warunek – definicję pizzy musimy sporządzić z wysokorozciągliwej gumy. tak, by zmieściła również specjały przygotowywane przez pizzerów z azji.
azjatyckie pizze to prawdziwy fenomen. pomyślcie, co anthony mangieri (szef jednoosobowej restauracji, który serwuje 4 rodzaje najprostszej i najbardziej „tru” pizzy poza włochami) powiedziałby o pizzy serwowanej przez chiński oddział pizza hut, w której brzeg wkomponowano kiełbaskę z bekonem i serem? zobaczcie na filmie, jak anorektyczna japonka sprawia tym daniem o nazwie “german king” wysokokaloryczną radość całej rodzinie.
albo spójrzcie, co japoński pizza hut wykombinował z pizzy, krewetek i majonezu:
smakowite, prawda? kombinacje nie dotyczą tylko „obłożenia” pizzy, choć tam możliwości jest najwięcej (pizza z kurczakiem teriyaki i majonezem? pizza z wodorostami nori? proszę bardzo!) można równie dobrze eksperymentować z ciastem. zamiast ciasta użyć ryżu (nazywa się to mizz). albo wypełnić je śmietankowym serem, czemu nie. jesteśmy w korei, poza zasięgiem neapolitańskiej mafii:
poświęcony wyłącznie pizzy blog slice, z którego zaczerpnąłem większość tych orientalnych wariacji. za najbardziej kuriozalną uznał „pizzę” która nie tylko zawiera wszystko, co powinna (albo raczej czego nie powinna, spytajcie magnieriego..) zawierać pizza, od krewetek do ziemniaków, ale na dodatek upieczona jest na herbatnikowym cieście. z rodzynkami, pestkami dyni itd. i podawana z sosem… jagodowym (lub borówkowym, chyba nie będziemy wchodzić w detale). i niech nikt nie czuje się bezpieczny: mr pizza factory, bo tak nazywa się sieć, która serwuje ten dziwoląg, otwiera swoje lokale także w usa. na razie los angeles, ale… „first we take manhattan, then we take berlin”. pojutrze znajdziesz ulotkę pizzy z rodzynkami na swojej klatce schodowej. amerykański recenzent porównał jej smak do „wersu z dantego przetłumaczonego automatem googlowym z włoskiego na angielski, z angielskiego na chiński, z chińskiego na japoński, potem z powrotem na angielski i wypowiedzianego przez borata”.
cóż. zemsta azjatów za to, co my wyprawiamy z ich tradycyjnymi potrawami (dania „chińskie” wujka bena, sushi z serkiem philadelphia…) jest okrutnie okrutna.
a jaką najdziwniejszą pizzę mieliście okazję jeść? ja jadłem kiedyś pyszną pizzę z ziemniakami i rozmarynem. we włoszech.
coraz częściej jadamy poza domem. co było kiedyś luksusem, staje się koniecznością (i na odwrót: ja cieszę się, gdy mam czas, żeby coś samodzielnie ugotować i zjeść, a nie „musieć” jeść na mieście). słowo „lunch” zagościło na dobre w polszczyźnie i myślę, że za 10 lat będziemy pisali po prostu „lancz” i wcale nie będzie to wyglądać nienaturalnie. na razie pozostanę jednak przy oryginalnej pisowni.
sporo osób bierze po prostu kanapki do pracy, część kanapki kupuje, inni żywią się w stołówkach, a ja jednak najbardziej lubię pójść gdzieś na lunch (choć gdybym miał dobrą stołówkę w pracy, to bym nią nie pogardził). około 14 kończą mi się zapasy energii: muszę coś zjeść, bo nie mogę dalej pracować.
ciekaw jestem, które lunchowe lokale lub lunchowe menu w restauracjach możecie polecić. ja wybierając lokal na lunch kierujemy się zupełnie innymi kryteriami niż wybierając restaurację na kolację. na lunch idę zaspokoić głód, a nie rozkoszować się jedzeniem. co nie znaczy, że zjem byle co.
dlatego czynniki, które biorę pod uwagę to:
cena – wszystko mi jedno, czy zapłacę 10 zł więcej czy mniej. jednorazowo. ale jeśli mam płacić 10 zł więcej kilkanaście razy w miesiącu, to już robi się z tego spora różnica. zestawy lunchowe są ok, ale miejsca, gdzie można wybrać coś z poza zestawu i nie zapłacić majątku mają u mnie plus. chętnie też rezygnuję z zupy (i chciałbym w związku z tym zapłacić mniej)
lokalizacja – to właściwie pseudokryterium. co wygodne dla mnie, może nie być wygodne dla kogoś pracującego w drugim końcu miasta. ale dobrze jeśli przynajmniej jest parking.
różnorodność – to właśnie dlatego nie biorę pod uwagę budek z kebabem czy pizzerii. owszem, lubię kebab i pizzę, ale ile można? dobre miejsce na lunch powinno serwować codziennie co innego (jeśli podawane są zestawy lunchowe), ale i w ramach tego, co jest dostępne danego dnia, powinno dawać wybór. większy niż pomiędzy „na ośtlo” i „nie oślto” jak w kebabowniach i wietnamskich budkach.
szybkość – nie muszę rozkoszować się wnętrzem, nie muszę mieć najlepszej obsługi, mogę podejść i zamówić przy barze… ale nie mogę czekać 40 minut na danie. a potem 10 minut na rachunek.
smak – jeżeli jedzenie mi nie smakuje, to żadne z powyższych kryteriów się nie liczy. ale też dania lunchowe mają swoją specyfikę. powinny być lekkie i pożywne. dobrze sprawdza się kuchnia włoska, a i domowa kuchnia polska, jeśli nie jest zbyt ciężka, może być. na pewno nie chcemy wracać na kolejne spotkania pachnąc czosnkiem czy cebulą. nie chcę też dłubać w ościstych rybach czy bawić się w obieranie krewetek. trzeba i takie „niuanse” uwzględnić.
za tydzień podam kilka własnych typów na miejsca lunchowe w warszawie. szkoda, że jest ich jeszcze tak mało, choć jest to szybko rosnąca kategoria barów i restauracji.
a wy? czym się kierujecie, wybierając miejsce na lunch? jakie są wasze ulubione lokale?
dziś wybitnie niskociśnieniowy dzień, więc tylko ogłoszenia duszpasterskie: w kolumnie po prawej, na samym dole, pojawiła się rubryka miska foodelka. będą tam publikowane najsmaczniejsze (przynajmniej na oko) przepisy znajdowane na blogach i nie tylko. aktualizacja kilka razy dziennie. możecie jeść z tej miski. aha, linki do forum gazety nie działają, trzeba z nich wyciąć fragment skad=rss. taki urok tego forum.
jeśli jesteśmy już przy listach nowości, to na gastronautach opublikowano listę nowych restauracji otwartych w warszawie. aż pięć z nich serwuje sushi. lubię sushi, ale coś czuję, że za rok, albo i wcześniej, ryż ze słodkawym octem trochę się nam znudzi. ale na razie cieszmy się: w końcu zbudowaliśmy drugą japonię.