
Foodelek jest blogiem, który traktuje tematy kulinarne możliwie szeroko. Publikuje cotygodniowe zestawienia przepisów zamieszczanych na blogach przez amatorów, ale nie unika też tematyki „profesjonalnej” gastronomii. Nie jestem ani przesadnym fanem „domowej kuchni” ani też nie stoję na stanowisku, że prawdziwie wyszukane jedzenie to wyłączna domena restauracji.
Po lekturze książki „Kill Grill” Anthony’ego Borduaina (recenzje Oli Lazar, Piotra Adamczewskiego) wiemy już, że restauracyjna kuchnia nie przypomina artystycznej pracowni ani chemicznego laboratorium, a ludzie tam pracujący nie są wysublimowanymi artystami i pięknoduchami oderwanymi od rzeczywistości. Jedząc w restauracji staram się raczej zapomnieć o tej lekturze. Teraz będę starał się zapomnieć nie tylko o świecie, który opisuje Bourdain, ale także o dość przerażającym obliczu polskiej gastronomii, które wyłania się z lektury serwisu „Gastrona”.
Pierwszy lekki szok przeżyłem patrząc na propozycje dań „mistrzów kuchni”. Rozumiem, że zwykły śmiertelnik nie po to idzie do restauracji, żeby jeść „jak u mamy”, ale „Polędwica wieprzowa nadziewana łososiem w otoczce z farszu z cielęciny z dodatkiem wątróbki i szparag, zawinięta w szynkę parmeńską i kapustę włoską w sosie z groszku cukrowego” (pisownia oryginalna) ma tyle wspólnego ze sztuką kulinarną, co bazylika w Licheniu ze sztuką architektoniczną.
Zaintrygowany tym kulinarnym odkryciem poklikałem trochę po serwisie. I okazało się, że jest równie szokujący jak niektóre sceny z książki Bourdaina. Spójrzcie na przykład na to danie. Autorowi przepisu myli się tortilla z tortellini. Przyznam się, że długo wpatrywałem się w „płat tortellini”, żeby w końcu dopuścić myśl, że w serwisie dla profesjonalistów włoskie pierożki mogą pomylić się z meksykańskimi plackami. Czytam setki (dosłownie) blogów kulinarnych, pisanych przez absolutnych amatorów, i takich błędów tam nie spotykam. „Płat tortellini” jest zresztą bohaterem wielu potraw w tym serwisie. Występuje na liście składników… szampańskich truskawek z jogurtem. Nie pytajcie, co tam robi w towarzystwie – uwaga – szczypiorku, bo z treści przepisu się nie dowiecie. Być może to tajemniczy sponsor?
A skoro jesteśmy już przy sponsorach. Patatas bravas w wersji „pro” przygotowuje się z półproduktu McCaina. Który profesjonalista shańbiłby się obierając ziemniaki? Albo, jak prymitywni wieśniacy, schylałby się po świeże zioła, skoro może przecież użyć „primerby bazylikowej”, żeby z niej i „pikantnej mieszanki chińskiej” stworzyć – zgodnie z nazwą przyprawy – swoją własną kulinarną bazylikę licheńską („Pomidor nadziewany pikantną mieszanką chińską z dodatkiem roladki z cukinii, szpinaku i bryndzy w sosie bazyliowo-pieprzowym”). Tak, ja też nie wiedziałem, co to jest „primerba”, tak samo jak nie wiedziałem, że oddzielną kategorią są „przyprawy czyste” (w odróżnieniu od brudnych?) oraz nie miałem pojęcia, że można kupić uniwersalną przyprawę do wszystkiego w poręcznym opakowanku… 37 litrowym. W każdym razie, żadna potrawa w serwisie nie jest przypadkowa, za każdą stoi jakiś fix, mix czy inny sponsor.
Obraz polskiej gastronomii wyłaniający się z tego portalu jest dość przerażający i równie szokujący jak „Kill Grill”, choć z innych powodów. Maksymalnie udziwnione dania, przygotowane z półfabrykatów zastępujących łatwo dostępne świeże produkty na pewno nie przekonają Polaków, że warto chodzić do restauracji. Wybiorą schabowego i wcale im się nie dziwię.
* Zdjęcie przedstawia dekorację korytarza w jednym z polskich techników gastronomicznych. Dotyczy tortu, ale co za różnica, tort, tortilla czy tortellini… ważne, żeby zachować odpowiednią estetykę.