kryzysowe menu i do tego małe frytki, proszę

(cc) Jaqueline Arashida

(cc) Jaqueline Arashida

można tematu kryzysu unikać, można się z niego śmiać, ale jak długo? na razie obserwujemy tylko rozmaite wskaźniki idące w dół, jednak ich realne konsekwencje chcąc nie chcąc będziemy odczuwać. tak jak już odczuwają je restauratorzy, zwłaszcza w usa czy wielkiej brytanii. na ogół negatywnie, choć z wyjątkami. kryzys może wcale nie oznaczać, że będziemy mniej jedli poza domem. może się okazać, że niestety będziemy jedli gorzej.

gdy wszystkie wykresy spadają, kolejne rekordy odnotowują sieci fastfood. fantastycznymi wynikami chwalił się mcdonalds (80% wzrostu zysku!), dobre wyniki w 2008 roku odnotowała też domino’s pizza: w wielkiej brytanii w 2008 roku przyniosła zysk o 25% wyższy niż rok wcześniej, kfc ogłasza, że zwiększy zatrudnienie (również w wielkiej brytanii) o blisko połowę… w wielu krajach ludzie tak przyzwyczaili się do jedzenie poza domem, że nie bardzo wyobrażają sobie samodzielne gotowanie. wybiorą więc najtańszą opcję, którą im zaoferują fast-foody (nawet stabucks ma coś dla skner).

bardzo jestem ciekaw, jakie zmiany przyniesie kryzys w polskim krajobrazie restauracyjnym. bardzo możliwe, że zupełnie inne niż na zachodzie. najdroższe, eksluzywne restauracje, tak tu jak i tam nie mają się czego obawiać, dotyczy to jednak samego szczytu kulinarnej piramidy. czy segment fast-foodów będzie równie szybko rosnąć jak w wielkiej brytanii czy usa? nie jestem do końca przekonany, polski bezrobotny raczej nie będzie codziennie zamawiał pizzy z pizza hut. największy znak zapytania to restauracje ze średniej półki. nie zdziwię się, gdy liczba sushi-barów w warszawie spadnie drastycznie. nawet o połowę. choć lubię sushi, nie będę płakał. nie potrzebujemy 150 sushi-barów.

kryzys może mieć też inny, pośredni wpływ na branżę gastronomiczną: jeśli bankom przestanie się opłacać mieć na każdym rogu oddział, jeśli sklepom zabraknie klientów… spadną ceny wynajmu, nawet w dobrych punktach. nie zmartwiłbym się zupełnie, gdyby np. na warszawskim placu wilsona powstało kilka knajpek zamiast banków. z bankiem wystarczająco dobrze porozumiewam się via internet czy telefon. a dobre jedzenie wymaga restauracyjnej atmosfery.

  • aga-aa napisał(a) 23 lutego o 20:41

    hmmm dziwne jest to co piszesz, jeśli staram się zaoszczędzić to jem w domu, a nie na mieście, dużo taniej wychodzi mi domowy obiad od pizzy czy kebaba

  • Marcin Jagodziński napisał(a) 23 lutego o 22:55

    bo potrafisz. podejrzewam, że miliony amerykanów po prostu nie potrafią gotować.

  • Pani.S napisał(a) 24 lutego o 00:56

    W Stanach Zjednoczonych relacja zarobki-cena jedzenia (takze na wynos, czy fast foodow), jest jednak inna niz w Polsce. Podejrzewam wiec, ze w Stanach nadal jedzenie poza domem jest tania opcja, nie mam na mysli 5 gwiazdkowych restauracji oczywiscie…

    W magazynie “Delicious” byl ciekawy raport nt. tego, jak Brytyjczycy przycinaja wydatki na jedzenie. Ceny jedzenia skoczyly w ciagu ostatniego roku bardzo w gore i duzo osob robi zakupy z lista w reku i rzadziej jada na miescie. Okrojona wersja on-line tutaj:
    http://www.deliciousmagazine.co.uk/blogs/Shop_till_you_stop_1623

  • asiaque napisał(a) 24 lutego o 12:37

    Kryzys już widać w knajpach i to bardzo:

    - połowa stycznia, sobota albo niedziela, godzina 20:00, dość popularna sieciowa knajpa z pierogami, a w niej my jako jedyni klienci i nudząca się obsługa;
    - pierwsze dni lutego, odwiedzamy ulubioną knajpę turecką, witają nas drzwi zamknięte na głucho – najemca zamknął interes;
    - walentynki, kiedy to ponoć nie sposób znaleźć wolnego miejsca bez rezerwacji – a gdzie tam, wchodzimy do hindusa (fakt, mało romantycznego), a tam połowa stolików wolna;
    - ulubiony bar sushi – coraz częściej brakuje rybek z górnej półki, niegdyś oblężone miejsce świeci pustkami;
    - normą jest siedzenie w restauracji w rękawiczkach, bo w ramach oszczędności grzanie włączone na pół gwizdka.

    A ponieważ nie mam złudzeń, że na jakości samego jedzenia restauratorzy też oszczędzają, wolę kupić półprodukty i zrobić coś dobrego w domu. Przy okazji średnie miesięczne wydatki na stołowanie się na mieście ucięliśmy o jakieś 60% w stosunku do ubiegłego roku.