tajemnica toma maltoma
o finansowych kłopotach sieci restauracji sphinx rozpisuje się prasa, pisze o nich również ola lazar na blogu. nie wdając się w zbędne szczegóły, firma rozwijała się szybko, biorąc kredyty, a na dodatek korzystając z opcji walutowych, zabezpieczając się przez wzrostem wartości złotówki. tylko że wartość złotówki spadała, a nie rosła, kredyty trzeba zacząć spłacać, a zagraniczne rynki (czeski, węgierski i rumuński) nie zostały rzucone na kolana przez showarmę rodem z miasta łodzi.
przyznam, że dla mnie kilka lat temu sphinx był atrakcyjnym miejscem, gdzie za niewielkie pieniądze można było zjeść w miarę smacznie i bardzo obficie. do warszawy sphinx wszedł dość późno, stołowałem się więc w sphinxie toruńskim i gdańskim przy okazji wizyt w tych miastach. a potem… potem było coraz gorzej. to, co zaserwowano mi w jednym z warszawskich sphinxów było wręcz nie do zjedzenia. sphinx mimo ogromnej sieci restauracji (ponad 100), nie miał centralnego systemu dostaw, co powodowało problemy z jakością.
zaczęła wychodzić ściema. „podróżnik tom malton” okazał się wymysłem marketingowym (lub według innej wersji pseudonimem tomasza morawskiego, tajemniczego twórcy sphinxa, nie udzielającym od lat wypowiedzi do prasy). zamiast cieszyć się z darmowej pity, zacząłem zauważać, że jej główną funkcją jest „rozepchanie” dania, tak, by wyglądało, że jest go więcej, a same potrawy zaczęły mi nagle smakować identycznie, niezależnie pod jaką nazwą występowały w menu. pogorszyła się też obsługa, wygląd lokali też pozostawia wiele do życzenia: jest po prostu przestarzały, toporny i ponury. „ludzie nie chodzą tam, gdzie jest dobre jedzenie – ludzie chodzą tam, gdzie jest dobry klimat do jedzenia”. to nie mój wymysł, tak twierdzili założyciele firmy. w sphinxie dobrego jedzenia nie ma od dawna, a klimat się ulotnił.
właściciel „chłopskiego jadła”, który robił sprzedał swój biznes morawskiemu, wspomina robienie interesów z szefem sphinxa z jak najgorszej strony. opowiadaja publicznie o jego arogancji i bezczelności, rzucając też wyświechtanym bonmotem, że widział go dwa razy: pierwszy i ostatni.
jadłem w sphinxie trochę wiecej razy. ale wiem, że ten ostatni raz mam już za sobą i więcej tam nie wrócę. choć niewątpliwie jest to sieć restauracji, która przyczyniła się do tego, że coraz wiecej jadamy poza domem i odegrała swoją rolę, to jej czas już minął. czy sphinx wygrzebie się z przepaści, w którą właśnie się stacza? całkiem możliwe, że problemy sphinxa są przesadzone i mają na celu obniżenie kursu akcji, tak, by amrest (prowadzący lokale sieci pizza hut, kfc, burger king…), który już jest udziałowcem sphinxa, mógł skupić ich więcej po niższej cenie. ale to już nie moje zmartwienie. mam ochotę na kebab, wybieram efes. sphinx mnie więcej nie nabierze na swoje sztuczki.



Kuler napisał(a) 31 marca o 06:29
Świetny wpis! Zgadzam się – mam podobne odczucia – 10 lat temu to było miejsce obowiązkowe – chociaż raz w tygodniu (w Poznaniu przynajmniej) …
… a dzisiaj? … nie wiem … nie byłem tam ze 4 lata.
ALE UWAŻAM, ŻE…
1. koncept był dobry (a nawet odkrywczy dla nas, wtedy)
2. marketing mu nie przeszkadzał, tylko pomagał – podobno bardzo dużo badali oczekiwania klientów i wyciągali z tego wnioski (np. dmuchane bułeczki, ceny, światło itd.)
3. moim zdaniem, ten ‘tom malton’, to jakiś żart właściciela, który – niechcący, był też świetnym trikiem marketingowym – takie uwiarygodnienie restauracji podpisem jakiegoś – zapewne – speca.
4. brak standaryzacji w technologii i organizacji * gwałtowny rozwój sieci = katastrofa marki (choć jeszcze wygrywa plebiscyty, to dziś niczego już sobą nie reprezentuje).
-> Mam nadzieję, że nowy Sfinks szybko się podniesie z gruzów i nigdy nie będą już bredzić o ‘zasadzie TIRa’, czy o wyższości klimatu nad jedzeniem…
-> Ciekawe co musieli by wymyślić, żeby nas (wszystkich ‘Byłych’) z powrotem do siebie przekonać?
MC aka Kuler